Ogórkowe przygody

Wracając dziś od Pana Czarka po regulacjach i doprowadzeniu Oga mechanicznie do względnej kultury (na ile się dało) zahaczyliśmy o dom Majkiego na wieczorne pogaduchy – jak zwykle o samochodach :) Bardzo miło spędziliśmy czas i ruszyliśmy w drogę powrotną trasą toruńską. Wskażnik paliwa pokazywłał już prawie rezerwę, a przejachaliśmy już trochę od ostatniego tankowania, więc zajrzeliśmy na Neste. I tu niespodzianka… Madzia tankowała i wyglądało na to, że zbiornik zaczął się wypełniać po wlaniu sporo mniejszej ilości paliwa, niż się spodziewaliśmy. :o
Następnie zauważyłem, ze po drugiej stronie samochodu niż jest wlew paliwa coś się leje gęstym strumieniem na jezdnię… Paliwo…

Panika!

Odjechałem na pobliskie miejsce parkingowe w panice wykonałem kilka szybkich telefonów i za zaraz na miejscu pojawił się Majki.

Sprawa okazała się dośc banalna…

Fragment wężyka w systemie odpowietrzenia zbiornika pękł był ze starości i po wlaniu większej ilości paliwa niż powinno wejść w zbiornik tym pęknięciem lało się na blachę za tylnym nadkolem, w którym na szczęscie był otwór odwadniający….
Tym właśnie otworem nadlane palio wydostawało się na ziemie.
Majki miał na szczęscie fragment przewodu paliwowego, który został wykorzystany do naprawy i (chyba) po problemie. Z tym, że dalej wskaźnik paliwa przekłamuje. :P

rebel
 

‚SSVWF/Veedub.pl Garage Party’ w garażu ADI’ego z garbiani

Po zakończeniu pracy nad garbem (przewidzianej na ów dzień) udaliśmy się z żonką Ogiem w towarzystwie Majka do garażu Adi'ego z garbiarni.
Tam chłopaki z veedub.pl ostro jużdziałali przy swoich autach. Taki widok ukazał sięnaszym oczom, gdyśmy podjechali:

 Madzia (żonka ma) Zajmowała się dalszą demolką wnętrza ogórka, ja usiłowałem dojść do ładu z niedziałającym radiem.
Majki walczył z prędkościomierzem do swoej czarnej 1303, a Blaz z Rafem montowali niezależne ogrzewanie Eberspracher do garba Blaza.

Potem na chwilę zajrzał jeszcze właściciel garażu, Adi.

Mnie udało się znaleźć przyczynę dysfunkcji radia i uleczyć brak stopu w lewej tylnej lampie. Po czym oddaliliśmy się na imprezkę do  kolegi garbusiarza – Orzecha.

rebel

Ogórkowa niedziela

Od jakiegoś czasu szukaliśmy z żonką drugiego garbika, jako bardziej racjonalny niż obecna (opisywana na tym blogu) wydmuszka ze spiętą na sztywno skrzynią. Obecny garb staje się nieco zbyt radykalnmy do dłuższych podróży… Głośny, spalanie z venturi 36 w gaźnikach będzie pewnie w okolicach 16l/100km i tak dalej. Kilka garbusów już ogladalismy, jeździliśmy w dłuższe wycieczki po kraju w celu ich obejrzenia, ale jakoś z różnych względów się nie udawało. Aż do teraz. Zobaczyliśmy ogłoszenie o sprzdaży ogórka z okolic Warszawy i stwiedziliśmy, że nie zaszkodzi obejrzeć. Pojechaliśmy i okazało się, że sprzęt jest jeżdzący, w akceptowalnym stanie za rozsądne pieniądze i co ważne – z pewnych rąk. Była to mianowicie własność niejakiego 'Strażaka' ze starej ekipy Garbersów.

Dziś pojechaliśmy sfinalizować transakcję. Trochę to trwało, bo zaczęły się wspominki ze zlotów, wspominanie wspólnych znajomych ze światka garbowo-ogórkowego… Ale koniec końców mam już swoją pierwszą 40-kilometrową podróż ogórkiem za sobą.

zadowolona żoncia (powyżej)

Już w domu (powyżej)

Teraz poszukujemy jakiegoś wysokiego garażu w okolicy :)

rebel

Po lekturze poniższego dokumentu okazało się, że Ogórek ma urodziny w tym samym dniu co Żoncia :)


 

A było już tak blisko…

W sobotę zajrzałem do garażu, żeby dokończyć dzieła po ponownej instalacaji gaźników. Miałem w planach wymianę filtra oleju na taki o minimalnych oporach przepływu – Czyli Fram HP-1 Racing. Założenie pożyczonego palca rozdzielacza do aparatu zapłonowego Mallory, założenie tłumika i ponowne odlalenie silnika.

Okazuje się, że nie wszystki narzędzia są wykonane z dobrych materiałów…

Żoncia w międzyczasie zajmowała się wybebeszaniem wnętrza naszego ogórka.
W pewnym momencie przyjechał też Majki. W czasie, gdy ja wymieniałem filtr oleju w garbie, Majk naprawił niedziałającą wycieraczkę w ogórku. Dzięki Majku!

Największy problem miałem (i dalej mam) z zamocowaniem rurki chroniącej linkę gazu przed przetarciem o ścianki obudowy wiatraka. W żaden sposób nie mogłem sobie z tym poradzić. Do tego stopnia kląłem, że żoncia się zainteresowała tematem :)

W momencie, jak prawie wszystko poza tą przelotką udało sie zrobić, zdecydowałem się na odpalenie silnika.
Zapalił bez trudu i cudownie wkręcał się na obroty. Po spalinach czuć było, że mieszanka była dużo za bogata, ale wrażenia zdecydowania pozytywne. Do czasu. Już zacząłem się przygotowywać do wyjazdu z garażu, gdy zobaczyłem to:

Po krótkiej inspekcji okazało się, że olej wypływa z okolic uszczelek osłon popychaczy… Czeka mnie znów mnóstwo roboty…

rebel

 

European Bug-In #3 Chimay, Belgia cz.4 – relacja

Jedną z ciekawszych atrakcji na zlocie ( przynajmniej dla mnie) były rzecz jasna wyścigi. Nie zabrałem oczywiście nic chcroniącego przed słońcem, bo przecież jak można się spodziewać żaru z nieba w połowie lata, prawda? W związku z tym słoneczko zjarało mnie dokumentnie dość szybko, i na trybunach przy torze wyścigowym ku memu wielkiemu smutkowi nie spędziłem tyle czasu, ile bym chciał ze względu na to, że były w pełnej operacji słońca.
Ścigało się całkiem sporo aut, bardzo różnej maści. Słynny kolekjoner wyścigówek z lat 70tych, Szkot Russel Richie tradycyjnie przywiózł całą ciężarówke swoich wyścigówek. Startował bulik z podniesionym dachem, i co ciekawe był tam jednym z szybszych aut. Było kilka buggy, typ 3 napędzany v8 z rovera, furmuła Vee, samochody generalnie uliczne, jak i typowe wyścigówki przywożone na lawecie.
Mistrzem ceremonii był tradycyjnie Dyno Don Chamberlain, koleś, który był przez lata ikoną oryginalnych, kalifrnijskich Bug-In'ów gdzie również w kółko nawijał do mikrofonu. Gość jest niesamowity. Niestety większość widowni będąc fracusko-i-tylko-francuskojęzyczna ani w ząb nie kumała tego, co mówił. A robił to z hummorem, zadziorem i typowym dla amerykańskich konementatorów zaśpiewem. Do tego z głośników płynęła klmatyczna muzyczka przywodząca na myśl lata 50te,60te i 70te w Kaliforni. Sporo musyki surferskiej, Rokandrolla… Genaralnie super klimacik. Gdyby nie brak wieży kontrolnej, to przy lekko przymróżonych oczach można było sobie wyobrazić, że jest się właśnie na Orange County International Raceway powiedzmy w okolichach roku 1974tego…

Dyno Don…

Ten sam koleś trochę wcześniej:

Było jeszcze paru kolesi z pokolenia Dyno Dona i nawet starszych, ale nie zdołałem im zrobić zdjęcia między innymi byli Dean Kirsten (DKP), Paul Schley (Lighntning Bug)…

Widok ogólny

Fury z Gasser Garage

Gasser zbudowany współcześnie, ale zgodnie ze starą szkołą…

Walka gigantów: Underdog vs Blue Obsession

Oryginalna wyścigówka z lat 70tych – Stutt Bee vs replika wyścigówki Lee Leighton

Widziałem kilka whieelie, ale tylko jedno uało mi się uchwycić na zdjęciu…

Bardzo różne pojazdy stawały w szranki…

Jedno z szybszych aut :o

Pit Lane:

Formuła Vee też się ścigała…

Bus z charakterem :)

Jeden z szybszych samochodów. Został zbudowany w celu pokonania magicznej granicy 10s na 1/4 mili…

Reprezentacja wyścigowa Der Autobahn Scrapers w niepełnym składzie. Życzyłbym sobie, żeby kiedyś choćby jednen polski klub był w stanie wystawić choćby cztery auta na takim poziomie…

Samochody chłopaków z Der Autobahn Scrapers…

Szybka naprawa, żeby zdązyć przed końcem wyścigów…

Tego dragstera nie widziałem niestety w akcji, ale chętnie bym zobaczył…

Ciekawa wyścigówka w stylu Monster Garage…

Mega maszyna… silnik Pautera i wieeelkie turbo… pradziwy 'funny car'…

Tor niestety był słabo przygtowany na przyjęcie najmocniejszych samochodów, więc czasy mogł być lepsze. Część kierowców wyraźnie nie jechała na maximum po tym, jak Underdog złapał poślizg i uderzył w barierę nie robiac sobie n szczęscie zbyt wielkiej krzywdy.

c.d.n…

rebel

 

European Bug-In #3 Chimay, Belgia cz.3 – relacja

Na dużym europejskim zlocie byłem po raz pierwszy, więc trudno mi się jakoś do tego zlotu odnieść inaczej niż w porównaniu do naszych zlotów krajowych.

Pierwsze wrażenie – mnóstwo samochodów. Mnóstwo fajnych samochodów.

Trzy dni wyścigów, zawody w slalomie, zawody dla VW przygotowanych do prób terenowych, oraz konkurs na najładniejsze auto w kilku kategoriach – zarówno z podziałem na modele (garbus, typ2, typ3…), ale i na style (cal-look, resto-cal, hoodride…)

Przyjaźnie nastawieni ludzie. Odniosłem wrażenie pełnego bezpieczeństwa, przynajmniej w zakresie bezpieczeństwa mojego mienia. Gdybym zostawił portfel na kempingu, to pewnie zostałby tam nietknięty do mojego powrotu. Ogólne wrażenie kultury pomimo generalnie imprezowej atmosfery. Zwłaszcza wieczorem, kiedy to różni zlotowicze dopuszczali się czynów, za które zapewne na Polski zlocie zostaliby oskalpowani…  

 

Wracając do tego co najważniejsze – czyli do samochodów…

Kolegom, z którymi rozmawiałem na ten temat przedstawiam tę różnice na zasadzie proporcji:

U nas jeśli na zlot przyjeżdża około 300 maszyn, z których około 10 jest na tyle fajnych, żę aż chce się przystanąć, obejrzeć i zrobić nieco więcej zdjęć niż jedno, to zlot uważany jest za bardzo udaną imprezę.  Tam natomiast na około 2-3 tysiące samochodów może z 10-15 było niefajnych , czyli takich, którym robisz zdjęcie i idziesz dalej, bo jest tyle do obejrzenia, że szkoda poświęcać czas i pamięć w aparacie na coś, co u nas wyróżniałoby się z tłumu.

Niestety odniosłem niemiłe wrażenie, ze jesteśmy bardzo, bardzo daleko w tyle. Niestety nawet, jeśli zmniejszamy dystans, to w wybitnie ślimaczym tempie. Wielu powie – ‘Budżet!’

I będzie miało rację po części, gdyż było tam mnóstwo aut dopracowanych w najdrobniejszych szczegółach i wiele takich, których u nas są wybitną rzadkością.

Rzecz w tym, że tam prawie każdy samochód był na swój sposób fajny nawet, jeśli nie był doinwestowany. Co ciekawe, było bardzo mało samochodów seryjnych, a mnóstwo w jakikolwiek sposób bardziej lub mniej wystylizowanych… Odwrotnie niż u nas.

 

Na początek to co oczywiste na zloie z californijskim rodowodem- porcja mniej lub bardziej cal-lookerów:

dużo…

na tyle dużo, ze znając ograniczenia mojej karty pamięci robiłem w pewnym momencie fotki kilku na raz…

fajny looker w stylu lat 80tych…

ten dostał jakąś poważną nagrodę na zlocie we Francji…

wrrr…. zajebisty :)

Klasyka cal-look'a

i tak dalej…

i znów… (jedyny przedstawiciel Der Fiesende Luftkuelers a zlocie)

Jeden z wielu cal-lookerów z klubu Der Autobahn Scrapers…

bardzo subtelnie skalifornizowany karmann ghia…

A to mój ulubieniec. Najbardziej parchaty, niedoceniany mex, na oryginalnych 'stopach słonia', bez zdjętych listew, ze zderzakami, ale z zajebistym charakterem, świetnie dobraną wysokością zawieszenia do felg i opon, na felgach repro baby fuchs – i co najważaniejsze- niskobudżetowy…

Więc dlaczego nie może być choćby takich więcej u nas, z takim charakterem?

 

Silniki…

 

 

 

 

 

Może mnie coś ominęło, ale spodziwałem się wiekszej ilości ciekawych silników, może nie wszystki miały otwarte do prezentacji klapy. 

 

c.d.n…

 

rebel

 

 

 

Wizyta u pana doktora

Wczoraj wieczorem zabraliśmy z żoncią ogórka na inspekcję do warsztatu pana Czarka z Wesołej.
Zrobił się niezły tłok, bo na miejscu już był Majki z SSVWF i z nami podjechał też Blaz i Raf z veedub.pl.
Super atmosfera. Pan Czarek ma wielkie doświadczenie i na ucho potrafi ocenić co się dzieje z silnikiem.
Pan Rysio ocenił stan ramy i zawieszenia. Synowie pana Czarka są również w klimatach i uczą się fachu od taty.
Po wstępnych oględzinach zapadła diagnoza. Generalnie auto jest zdrowe. Całkiem niezła baza, więc git.
Ale oczywiście nie obyło się i bez odrobiny złych wieści…
Okazało się, że prawdopodobnie w silniku mamy ten sam problem, co Raf w dziadzie, czyli 'zjadło' kołnierze panewek wałka rozrządu i wałek przesuwa się wzdłuż bloku.
Zostawiliśmy więc oga na niezbędne regulacje, a poważniejsze naprawy pozostawimy sobie na po sezonie.

PS: Tym razem bez zdjęć, bo ta byłem przejęty, że zapomniałem robić fotki…